Mówcie co chcecie, ale prawda jest taka, iż Japońscy twórcy gier od chwili zawsze zaniedbywali PeCetowców. U naszych małych, skośnookich przyjaciół spod wiśniowych drzewek, to konsole stawiane były na najwyższych miejscach, jeśli chodzi na rynek zbytu kasyno. Przyszedł jednak czas, kiedy to branżowe giganty zwijają interes przygniatane skalą piractwa, Lilianna swoje skrzydła rozpościerają azjatyccy deweloperzy hazardowe . Przykłady? Konami ze swoim Milczącym Wzgórzem, czyli choćby Capcom i główny temat tej recenzji, czyli Devil May Cry 4. Jak na przykład tęż nazwa dyskretnie sugeruje, po raz czwarty aktualnie raczeni jesteśmy przyprawić diabła na łzy wrozby. Wydawca partii przypomniał sobie na biednych, blaszanych dzieciach dopiero przy DMC 3, lecz konwersja była tak parszywa, że gra odrzucała od chwili siebie nawet największych zapaleńców, w tym mnie. Jednak gdzie bym nie wyraził swojego zdania na owy temat, zostawałem zagłuszany wszelakimi „…bo pewnie grałeś na klawiaturze, Lilianna przy tym trzeba pada” czy również co ciekawszymi, z ambicjami „… bo Ty głupi jesteś!”. Cóż, co kraj to obyczaj.